Głupie wieczory, głupia jesień. Strasznie dobijające myśli mam ostatnio, robi się to chorą monotonią. Zupełnie nikt mnie nie rozumie, w sumie wcale się nikomu nie dziwie. Brak jakiejkolwiek pewności do ludzi otaczających mnie w ostatnim czasie i wiary w nich. Brak wsparcia ze strony najbliższych, brak osoby, która przyciągnie do siebie w złych chwilach, przytuli tak, aby stracić na chwilę oddech, a potem pocałuje delikatnie w czoło mówiąc 'wszystko już dobrze kochanie, jestem przy tobie'. To wszystko przytłacza i nasuwa się myśl, co by się stało, gdyby w pewnym momencie mnie brakło? Może wtedy większość by zrozumiała, zatęskniła? Może, ale to tylko moje chore wyobrażenia i wymysły. Witamy w XXI wieku, gdzie nikogo nie interesują Twoje problemy, załamania, cierpienie, strach. Musisz udawać kogoś, kim zupełnie nie jesteś, kogoś silnego, mającego przepis na dalsze życie i funkcjonowanie. To rzeczywiście trudne. Jeżeli teraz są takie udręki, to co dopiero będzie później, jak poradzę sobie z tym wszystkim, czy w ogóle wytrzymam do tego momentu. Są chwile, kiedy już zupełnie nie mam siły, kiedy boję się, że wszystko, co dla mnie ważne się skończy. Wtedy sama nie wiem, co mam robić....płakać, zapomnieć? W jednej chwili nasuwa się setki jebanych myśli, chorych myśli. Czuję się jak psychol. Jak osoba, która dopiero co uciekła z wariatkowa i nie wie, co dzieje się wokół. Czuję się źle, tak jeszcze nie było...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz